lose-yourself blog

Twój nowy blog

Minęło już trochę czasu od naszego powrotu do Polski, a dziurą zieje na blogu, brak ostatniego rozdziału naszej podróży, czyli Wenezueli. Było to dla nas gorzkie pożegnanie, gdyż kraj ten sprawił nam bardzo niemiłą niespodziankę i nie wywieźliśmy z niego zbyt dobrych wspomnień.

Zaczęło się już na granicy, a właściwie tuż za nią. W drodze z Kolumbii, do Maracaibo,w przeciagu trzech godzin mieliśmy 7-krotną kontrolę paszportową, a dwa razy sprawdzano nam bagaż. Za pierwszym razem, policjant wyciągał i oglądał wszystko z plecaków podręcznych, a kiedy zobaczył wypchane, główne plecory, na całe szczęście dał sobei spokój. Za drugim razem nasz bagaż przejechał przez rentgen na ciężarówce.Policjanci byli neimili i opryskliwi. Nikt się nie uśmiechał. Państwo policyjne pełną gębą. Kolejnym zaskoczeniem były wysokie ceny transportu, żywności i usług, pomimo jedenych z najniższych cen paliwa na świecie. W Wenezueli, 50 litrów tankuje się za 2 dolary! Wszędzie z plakatów i billbordów patrzy na nas uśmiechnięty dyktator Chavez w czerwonej koszuli, na codzień, obrzucający wymyślnymi inwektywami Georga W. Busha.

Maracaibo jest brzydkie. Szare miasto bez charakteru, z paskudnie zanieczyszczonym jeziorem. Wzdłuż akwenu ciągnie się promenada, na której zmrok wyznacza godzinę policyjną. Nie ma możliwości romantycznych spacerów. Kolejną ciekawostką jest podwójny kurs dolara. Oficjalny, oczywiście mniej korzystny dla turysty oraz czarnorynkowy, z którego skwapliwie korzystaliśmy. Ludzie, na których trafialiśmy, poza couchsurferami, byli niesympatyczni. Kierowcy autobusów w sposób ordynarny starali się oszukać nas na jak najwyższą kwotę. Ustalali cenę przed autobusem, a w środku zmieniali ją na wyższą. Nie dawaliśmy się jednak robić i wręczaliśmy odliczona kwotę, ignorując gadanie bileterów. Ludzie mało się tu uśmiechają, jak na Latynosów. Mit pięknych Wenezuelek pękł na plażyw Cioroni i wszystkich innych miejscach. Bez proównania do tego, co zobaczyliśmy tydzień później na dworcu głównym w Warszawie! Faceci z kolei, kiedy są w wieku 40 lat, w 90% wyglądają, jak obleśni, latynoscy zboczeńcy, lub dyktatorzy. Spoceni, brudni, pod wąsem i z lubieżnymi uśmiechami, prezentującymi szereg popsutych zębów…

Razem z wyjazdem z Kolumbii, zniknęły owoce. To co znaleźliśmy w Wenezueli, która nawet sklepy ma odpychające zapachem i brudem, to najzwyczajniejsze, europejskie owoce, podczas gdy 100km dalej, pułki są bogate w niewyobrażalną ilość owoców. Ulice i krajobraz jest szarobury od brudu. Łąki, koło których przejeżdżaliśmy, usiane były tysiącami platikowych siatek i kubków, które ludzie wyrzucają z autobusów. Kąpielisko i kurort w Cioroni, nie dość, że drogi, to jest równie zaniedbany. Ludzie dbają jeszcze o plażę, ale na ulicach miasteczkach i w standardzie pokojów odnajduje się już ogromne braki, nawet w porównaniu z najbiedniejszą na kontynencie Boliwią. A jedynym plusem, jaki udało mi się znaleźć, to tani i dobry rum.

Tym całym bałaganem zawiaduje kolega Chavez. Już od 11 lat wprowadza wiele istotnych mian, jak dodanie gwaizdki i herbu na fladze Wenezueli, zmiana strefy czasowej o pół godziny, czy przewalutowanie na tzw „twarde” boliwary. Poznaliśmy jedną jego zwolenniczkę, której sympatia wynikała głównie z tradycji rodzinnych. Nie interesowała się zbytnio polityką i nei umiała nam powiedzieć co Chavez zrobił dobrego dla kraju, poza tym, że biednym ludziom jest teraz lepiej i lżej…

Opuszczając nieciekawą i posiadającą złą sławę, stolicę Caracas, zostaliśmy jeszcze szczegółowo skontrolowani przez policję. Pierwszy wypytał nas po co tu byliśmy, ile czasu i jak to możliwe, że nauczyliśmy się hiszpańskiego przez 6 dni w Wenezueli… Chyba nie połapał się, że w pozostałych krajach mówi się w tym samym języku. Drugi policjant potrzymał nas chwilę w napięciu, ważąc z namysłem nasze paszporty w ręce, po czym z władczym wyrazem twarzy, kazał nam przechodzić dalej. No i puenta na koniec. Przy odprawie paszportowej, para starszych Niemców odwróciła się do nas i zapytała, czy jeszcze tu wrócimy. Czy nam się podobało. Oni będą Wenezuelę omijać szerokim łukiem i my najprawdopodobniej też…

W drodze powrotnej zwiedziliśmy jeszcze Madryt podczas całodziennego spaceru oraz dworzec w Berlinie. W Warszawie przywitała nas śpiewająca rezerwa, rozwrzeszczany pociąg na Przystanek Woodstock i narzekające na nich kasjerki PKP. Byliśmy w domu!

W Polsce ostrzegano nas przed Kolumbią. Rodziny prosiły, żebyśmy tam nie jechali, bo chciały nas jeszcze kiedyś zobaczyć. W trakcie podrózy dowiedzieliśmy się od innych turystów, że  to całkiem bezpieczny kraj, a do tego zjawiskowo piękny i z pewnością wart odwiedzenia. Postanowiliśmy więc już długo przed 2 lipca, że i kraj Shakiry znajdzie sie na naszej trasie.

Na granicy nie mieliśmy żadnych problemów, gdyż z Polaków zdjęto obowiązek wizowy z początkiem maja. Na ścianach i szybach wokół przejścia porozwieszane były plakaty z twarzami dowódców FARC i zachętą do współpracy z rządem. Tego samego dnia, jak się później okazało, wojsko, podszywając się pod guerillas, odbiło 15 zakładników, w tym Ingrid Betancourt, kandydatkę na prezydenta 7 lat temu. O sytuacji Kolumbii, walce z partyzantką i kartelami narkotykowymi dowiedzieliśmy się sporo, podczas dalszej podróży. Nie będziemy jednak robić tu całego wykładu na ten temat, chyba że ktoś będzie szczególnie zainteresowany to chętnie podzielimy się informacjami w osobnej notce lub „na żywo”. Jest jednak dużo bezpieczniej i tak też się czuliśmy, przez cały pobyt.

Pierwszym miastem na trasie było Pasto, w którym tylko spróbowaliśmy tradycyjnych tamales (mięso, ryż i warzywa, zawinięte w liście bananowca) i już na drugi dzień byliśmy w Popayan, zwanym również Białym Miastem. Wspaniała kolonialna zabudowa, utrzymana w bieli tynkowanych ścianoraz brązie lub czerni dachów, okiennic i elementów zdobniczych.  Niestety mieliśmy tu małe problemy z plecakiem, który w luku autobusu został mocno ubrudzony benzyną… Na szczęście z pomocą zabawnych i serdecznych policjantów, dostaliśmy od kompanii autobusowej zwrot pieniędzy za pranie i mogliśmy jechać dalej.

Po nocy w autobusie wylądowaliśmy w Bogocie u naszej znajomej z Salar de Uyuni w Boliwii – Margarity. Jej rodzina okazała sie niezwykle sympatyczna i zabrała nas na wycieczkę po wioskach na położonej na wschód od stolicy sawannie. Wioski były małe, urocze i wypełnione, spędzającymi tu weekend mieszkańcami pobliskiej metropolii. Zajrzeliśy do solnej katedry, drugiej takiej obok naszej w Wieliczce, a na koniec trafiliśmy do jednej z najlepszej w naszym mniemaniu restauracji świat: „Andres Carne de res” jest to miejsce, gdzie wszystko może się zdarzyć. Gdzie je się najlepsze mięso, jakie można sobie wyobrazić. Wszystko co ląduje na stole jest wysokiej jakości. Obok, na licznych parkietach tańczą ludzie, a w ciągu dnia, gości zabawiają wynajęci aktorzy. Na koniec dostaje się rachunek w żeliwnej skrzynce, z latarką, lupą i długopisem w zestawie. Jest to niewątpliwie obowiązkowy punkt w programie odwiedzin w Bogocie. Podobnie, jak stare centrum, w najprostrzych słowach, użekające! Jest tam też darmowe muzeum Casa de la Moneda z dziełami takich sław, jak Picasso, Monet czy Chagal, ale również genialnymi obrazami oraz rzeźbami Fernando Botero.

6 dni spędziliśmy o cioci Kini w mieście Bucaramanga. Był to czas odpoczynku, spokojnego zwiedzania, będącego jednocześnie relaksem oraz napychania żołądków. Jedliśmy potrawy kuchni kolumbijskiej, jak doskonała zupa Ajiaco (czyt.Ahiako), arepy z serem, doskonałe steki cielęce i przede wszystkim owoce. Chyba nigdzie na świecie nie ma tylu, różnorodnych owoców,z których na każdym kroku można kupić też sok. Codziennie na śniadanie dostawaliśmy świeżą, soczystą papaję i pitayę. Były też takie cuda, jak Chirmoya (czyt. czirimoja), zapote, sok z lulo, doskonałe mango, granadille, czy pachnące i soczyste owoce, kupowane od ulicznych handlarzy, podobnei, jak awokado. Nasze podniebienia znalazły się w Kolumbii na siódmym poziomie niebios!

W połowie lipca dotarliśmy na wybrzeże karaibskie. Pierwszym przystankiem była Cartagena. Perła architektury kolonialnej w całej Ameryce Południowej i jedno z najpiękniejszych miast, jakie widzieliśmy w życiu.Otoczone murami stare miasto tchnie w każdego chęć do niekończących sie spacerów. Budynki i ukwiecone balkony zaskakują dosłownie za każdym rogiem. Kolorytu dopełniają uliczni sprzedawcy i barwnie ubrane murzynki, serwujące kawałki arbuza z miednic noszonych na głowach. Dom żywego symbolu Kolumbii, Gabriela Gracia Marquez’a poraża natomiast brzydotą topornych kształtów i absolutnym niedopasowaniem do otaczającego go piękna starówki. Właśnie z Cartageny wypłynęliśmy na jednodniową wycieczkę do archipelagu Islas Rosario, oceanarium i na Playa Blanca, gdzie złapała nas burza. Palmy i biały piasek nie prezentowały sie więc tak efektownie, jak zapewne miało by to miejsce, przy słonecznej pogodzie i bezchmurnym niebie.

Kolejnym punktem na jedną noc, była nieprzedstawiająca większych walorów Santa Marta, w której spędziliśmy jedną noc, po czym uciekliśy do Parque Tayrona. Opiszemy po krótce nasz zwyczajny dzień w tym miejscu (było ich 4), by przy okazji zobrazować roztaczające się tam widoki oraz oddać trochę atmosferę. Po nocy w naszych super-wygodnych hamakach, pod dachem z liści palmowych, Kajtek wyruszał na poszukiwanie śniadania. Znajdywał kokos, który spadł przez noc w lesie palmowym,  ciągnącym się wzdłuż calego wybrzeża i mozolnie rozłupywał go nożem. Jeden jedyny raz, siekierki pożyczył nam sąsiad – Szwajcar. Wypijaliśmy wodę, po czym ze smakiem napychaliśmy żołądki miąższem orzecha. 15 minut szliśmy do białych plaż, gdzie znajdował się naturalny basen. Fale są tu bardzo niebezpieczne, ale natura zadbała o człowieka, tworząc w jednej z zatko, naturalny falochron, ze skał, zamykający akwen długi na około kilometr i szeroki na 200 metrów.  Idąc dalej, można było dotrzeć do kolejnych plaż, gdzie również można było chować się w cieniu palm. Woda była wyjątkowa ciepła, a mimo wielości turystów, każdy miał dla siebie spory kawałek plaży. Popołudniami piliśmy swieże soki owocowe w restauracyjnej budce przy campingu, a wieczorami chodziliśmy na spacery po plaży, przy dzikim huku fal.

Długo możnaby opowiadać o tym Edenie… Niestety w końcu przyszedł czas nam go opuścić i ruszyć dalej, do Wenezueli. O tym następnym razem. Zdjęcia w galerii zostały zaktualizowane, więc serdecznie zapraszamy! Prosze pisać, jeśli chcecie abyśmy napisali o Kolumbii bardziej szczegółowo. ten kraj nigdy nam się nie znudzi!!!

Tak wiemy, ze nic nie pisalismy ponad miesiac i znow mamy wielkie opoznienie, ale trzeba sie z tym pogodzic, bo podroz wciaga niesamowicie i rzadko jest czas, czy ochota, zeby siadac przy komputerze i to wszystko spisywac;) Z reszta wtedy nie byloby co opowiadac po powrocie…

Dlatego, mimo ze jestesmy jzu pod koniec drogi w Kolumbii, wrocimy pamiecia  do naszych niespelna 3 tygodni w Ekwadorze, ktore wydaja sie juz bardzo odlegle. Wjechalismy do kraju od poludnia, wprost do slicznej, kolonialnej miejscowosci Loja(czyt. Loha). Cale otoczenie, na plus roznilo sie od tego, co towarzyszylo nam przez tak dlugi czas w Peru, czy Boliwii. Otaczal nas tropikalny las, a krajobraz szerokich dolin pomiedzy lagodnymi wzgorzami, mienil sie tysiacem odcieni zieleni. Wybralismy sie tu na calodniowa wycieczke do dzungli, w Parku Narodowym Podacarpus. Jego nazwea pochodzi od rodzaju swierka, ktory rosnie tylko i wylacznie tutaj. Spedzilismy kilka godzin kluczac po sciezkach w buszu, posrod jaskrawych i wielobarwnych kwiatow. Byly tam wodospasy, rwaca rzeka, w ktorej moczylismy nogi i absolutnie zero ludzi!

Z Loja pojechalismy do Cuenca – ekwadroskiej perelki kolonialnej architektury. Stare centrum bylo rzeczywiscie zachwycajace. Pelne kolorowych domow ze zdobnymi w ornamenty, drewnianymi balkonikami. Korzystalismy tu z couchsurfingu i spalismy u wlasciciela sklepu jubilerskiego, ktory wygladal jak mafioso, mial prywatnego ochroniarza – wilkiego murzyna – i obaj chodzili z bronia przy pasku. Razem z nami, w jego mieszkaniu, spala dwojka przesympatycznych Chorwatow, z ktorymi spedzilismy caly kolejny dzien, rowniez ogladajac mecz Chorwacja-Turcja, ktory, jak mowi historia, nasi faworyci niestety przegrali…

Z Cuenca udalismy sie do Riobamba, skad odjezdza pociag do Sibambe. Poza pieknymi widokami, atrakcje pociagu stanowi mozliwosc podrozowania na jego dachu. Niestety okazalo sie, ze zeszla lawina blotna i zasypalo czesc torowiska. Zorganizowano wiec transport autobusowy do najbardziej malowniczej czesci trasy, gdzie wsiadalo sie do pociagu. Niestety okazalo sie, ze nie dosc, ze na tym odcinku nie mozna jezdzic na dachu, to jeszcze podstawiono nam turystyczny autobus, z podwoziem od pociagu, ktory jezdzil na zwyczajny silnik, napedzany na benzyne!!! Kierowca prowadzil w czapce konduktorskiej i jeszcze bezczelnie proponowal zrobienie sobie w niej zdjecia!!! Totalna komercha, z tlumem turystow, ktorzy jak maplki wybiegali na znak z autobusu u cykali zdjecia byle widoczkowi, podczas, gdy wcale nie bylo tam az tak zachwycajaco… Takze, jesli ktos tam sie bedzie wybieral, doradzamy zeby sie zorientowal, czy pociag jedzie cala trase, czy jest to normalny sklad, a nie autobus i czy bedzie mogl siedziec na dachu. Jesli nie, spokojnie mozna jechac dalej.

Zawod pociagowy odbilismy sobie nad morze w miejscowosci Puerto Lopez. Tuz obok miesci sie piekny Park Narodowy z dziewicza, biala i prawie kompletnie pusta plaza Los Frailes. Otoczona ona jest suchym lasem tropikalnym, przez ktory prowadzi malowniczy szlak, zahaczajacy o dwie inne, mniejsze, ale rownie urokliwe plaze. Spedzilismy tam dwa dni, wdychajac zapach Palo Santo, czyli aromatycznego drzewa z tych okolic. Jeden dzien poswiecilismy na wycieczke na wyspe Isla de la Plata, ktora nazywana jest Galapagos dla ubogich i naprawde warte bylo to zobaczenia. Gluptaki niebieskonogie, ktore czlapaly po sciezkach nieopodal ogromnych fregat, ktore byly wlasnie w okresie godowym, wiec wydatnie napuszalt czerwone brzuchy. Obok albatrosy i wysiadujace jajka z jakby czarnymi maskami na oczach. Kiedy odplywalismy, podplynely do nas ogromne zolwie morskie, ktore karmilismy czastkami arbuza. Na koniec poplynelismy na snorkling nad rafe koralowa, ktora choc niezbyt kolorowa, urzekala wielobarwnymi rybami, niekiedy calkiem sporych rozmiarow. No i co najwazniejsze, po drodze, ponad wode wyskakiwaly ogromne wieloryby Humbaki, ktore z hukiem uderzaly cielskami o powierzchnie wody. Niesamowity i spektakularny widok!

Na wybrzezu odwiedzilismy jeszcze Montanite, ktora nie przypadla nam do gustu. Szare, zasmiecone plaze, komercja, anglojezyczni turysci z rodzaju cwaniakow, ktorych mamy juz szczerze mowiac dosc i do tego brzydka pogoda.

Pod koniec pobytu dotarlismy do stolicy – Quito. Przed przyjazdem slyszelismy mnostwo straszliwych historii o niebezpieczenstwach tego miasta, napadach z bronia w reku i nozownikach. My na szczescie wyjechalismy z niego calo i bez strat materialnych. Jeden dzien w calosci spedzilismy na rowniku, ktory przebiega kilkadziesiat minut drogi na polnoc od stolicy. W muzeum slonecznym obserwowalismy kilka ciekawych eksperymentow i postawilismy jajko na glowce gwozdzia, co podobno jest mozliwe tylko na rowniku. Tutaj tez, woda w umywalce wycieka prosto w dol, podczas gdy na polkulach kreci sie w dwoch kierunkach (zaleznie, czy to polnoc czy poludnie).

Tuz przed wjazdem do Kolumbii, zawitalismy jeszcze do miejscowosci Otavalo, ktora poza ogromnym targiem pamiatek, rekodziela i hamakow nie miala zbyt wiele do zaoferowania, a poza tym nam spieszylo sie juz na polnoc i wymarzonych plaz karaibskich!

Ale o tym juz nastepnym razem. Nie wszystko na raz:) Z reszta powoli zblizamy sie juz niestety do powrotu do Polski… Wkrotce wiec notka o Kolumbii, ktora jest najpiekniejszym krajem Ameryki Poludniowej, a takze zdjecia w ktorych zaleglosci mamy jeszcze wieksze:)

Wkrotce po tym, jak napisalismy ostatnia noke, opuscilismy Cuzco, kierujac sie do malego miasteczka Nazca – brzydkiego, brudnego i szarego, ktore slawne jest tylko dzieki tajemniczym rysunkom na pobliskim plaskowyzu. Niestety spotkal nas tu pierwszy powazny i drogi zawod… Maly samolot, ktory zabral nas w krotki lot ponad rysunkami niewiadomego pochodzenia byl przerazajaco drogi, a po 5 minutach przyprawil nas o mdlosci. Rzucalo nim dosc mocno i mozna bylo sie poczuc jak w rollercosterze… W dodatku rysunkow trzeba bylo sie dopatrywac, wiec nie liczcie na jakies wspaniale zdjecia z nieba. Po powrocie na ziemie bylismy zolto – zieloni, a na mysl o ksztaltach kolibrow, kondorow, czy malp chcialo nam sie rzygac!

Zdegustowani ruszylismy dalej na polnoc, do Paracas i pobliskiego parku o tej samej nazwie. Tutaj, lodzia z dwoma motorami, z ktorych jeden na koniec zaczal cierpiec na brak benzyny, poplynelismy ogladac slawne wyspy Ballestas. Sa to wielobarwne, nagie skaly wystajace z morza, na ktorych zyja tylko i wylacznie ptaki setnie je obsrywajac. Tak. Poplynelismy ogladac gowno… Ale nie byle jakie gowno, ale bogate w azot odchody, ktore swojego czasu byly glownym produktem eksportowym Peru, jako doskonaly nawoz. Rocznie zbieralo sie tu ponad 2-metrowa warstwe guano, teraz ¨zaledwie¨ 60-70centymetrow. Naogladalismy sie pèlikanow, kormoranow, pingwinow i fok, po czym slimaczym tempem (jak wspomnielismy zabraklo benzyny) wrocilismy na lad.

Kolejnym przystankiem na trasie byla stolica – Lima. Choc pierwsze wrazenie, jakie zrobila na nas dzielnica Miraflores bylo dosc pozytywne, to centrum okazalo sie dosc paskudne. Plaza de Armas, ktore jak w kazdej metropolii w Ameryce Poludniowej stanowi centralny punkt, byla calkiem ladna, ale bez rewelacji. Duzo ladniejsza, kolonialna zabudowa znajduje sie w Cuzco czy Arequipie. W dodatku Polacy zremisowali w ten dzien z Austria. Ogladalismy spotkanie w restauracji z podlym jedzeniem, ktore pozniej siadlo Kajtkowi na zoladku, wiec znow nie pozostana w nas mile wspomnienia.

Teraz czas na pozytywny plomyk w tej zrzedzacej notce. Huaraz. Miasto polozone w sercu Cordilliera Blanca, samo w sobie rownie nieciekawe, jak wczesniej tu opisane, ale za to ze wspanialym otoczeniem ostrych, osniezonych, andyjskich szczytow. Poszlismy tu na jednodniowa wedrowke do Laguny Churup, polozonej na 4450 metrow nad poziomem morza. Meczylismy sie dosc powaznie, nie tylko ze wzgledu na bardzo strome, dlugie podejscie, ale przede wszystkim ze wzgledu na problemy z oddychaniem na tej wysokosci. Widoki zapieraly jednak dech w piersiach (wiec szlo sie jeszcze gorzej;). Ostatnia czesc, to wspinaczka skalkowa po pionowej scianie, oczywiscie bez zadnych zabezpieczen, ale przynajmniej poczulismy troche adrenaliny. Samo jezioro bylo przejzyscie czyste, a tam, gdzie robilo sie glebiej, woda przybierala szmaragdowy kolor. Ponad tym, wprost z tafli wody wyrastal szary masyw poszarpanych szczytow, z gorujacym ponad wszystkim bialym szczytem Churup.

Niestety, po Huaraz znow przyszedl czas na zrzedzenie pod tytulem: Alez te miasta w Peru sa paskudne… Trujillo – miasto polozone nieopodal morza i jak opisuje to przywodnik, polozone nieopodal przyjemne kapielisko Huanchaco. Wiec przyjemne kapielisko, to znow szare przygnebiajace miasteczko z tak zasmiecona plaza, jakiej dawno nie widzielismy. Przeglad butow, opon, a nawet zdechly kormoran z wylupanymi oczami. Znajdujace sie nieopodal ruiny Chan Chan nie przyciagnely naszej uwagi, bo z drogi wygladaly, jak kupa cegiel wygladajaca z pomiedzy wydm… Trujillo tez nas nie zainteresowalo, wiec po krotkim zastanowieniu, wyjechalismy jeszcze tego samego wieczoru do Piury, a na drugi dzien z samego rana do Ekwadoru.

Jestesmy tu juz 3 dni, a poniewaz jest bardzo pieknie i poprawily nam sie nastroje, napiszemy o tym nastepnym razem, zeby ta notka pozostala w swym wydzwieku zrzedliwa i sarkastyczna. Bo i tak czasem bywa w podrozy:D

Znowu uplunelo duzo czasu, odkad ostatnio tu zagladnelismy…Czas pedzi jak szaolony i sami nie wiemy kiedy nam mijaja dni.Wciaz na cos brakuje nam czasu,a najczesciej na napisanie krotkiej relacji z wyprawy.Bardzo przepraszamy, moze uda nam sie poprawic.Moze:)
Przez ten caly czas zdazylismy juz zmienic panstwo i troche sie w nim rozgoscic.Ale moze zacznijmy od poczatku:)Po zimnym La Paz wyladowalismu w malej miescinie Rurrenabaque, w srodku soczystej dzungli.Spedzilsimy 20 godzin w potwornym zakurzonym, zatloczonym autobusie, jadac po jednej z drog smierci, ale warto bylo.Stamtad ruszylismy na 3 dniowa zoraganiozawana wycieczke na Pampe(mokry, bagnisty teren w Ameryce Poludniowej, niezwykle zyzny i pelen egzotycznych zwierzat)Caly czas spedzilismy na rzece, plywajac dluga drewnina lodzia.Plywalismy z rozowymi deflinami rzecznymi w otoczeniu aligatorow i kajmanow wygrzewajcych sie na brzegu.Zlowilismy pare pirani i rozegralismy zaciety mecz siatkowki z miejscowymi:)Do tego wylegiwalismy sie w hamakach(jeden juz jest w naszym posiadaniu:)), szukalismy anakondy, glasakalismy aligatora i obserwowalismy niezliczone ptactwo i szalejace na drzewach malpki.Bylo tak wspaniale,ze nie chcielimy opuszczac Pampy ani Rurrenabaque.Ale podroz to nie stanie w miejscu, wiec po okolo tygodniu wrocilismy do zatloczonego i chlodnego La Paz.Tu czekala na nas kolejna atrakcja czyli zjazd wlasciwa Droga Smierci.Trzeba przyznac, ze bylo to przezycie.Droga waska, kamienista, a do tego bardzo stroma.Zjazd byl ciezki, nieustannie trzeba bylo sciskac hamulce.Momentami na zakretach naprawde mozna bylo miec smierc w oczach….Calosc trasy wynosila 65 km, wiec ok 5 godzin obijalismy sie na naszych niestrudzonych rowerach.Na szczescie droga snierci okazala sie dla nas laskawa.Przezylismy:)
W drodze do Peru zahaczylismy o najwyzej polozone jezioro na swiecie-Titicaca.Od strony Boliwijskiej udalismy sie na skompana w sloncu, nieskazona cywilizacja wyspe-Isla del Sol.Natomiast juz w Peru odwiedzilismy plywajace trzcinowe wyspy Indian Uros.Od wielu pokolen Uros mieszkaja na wodzie i cierpia na dokuczliwy reumatyzm.
Pierwszym miastem w Peru w ktorym zatrzymalismy sie na dluzej byla przesliczna, ciepla Arequipa.Stamtad wyskoczylismy na 3 dni do drugiego najglebszego kanionu swiata Kanionu Colca.Polacy z krakowskiego klubu kajakowego Bystrze, jako pierwsi przeplyneli ten kanion w roku 1982:):):)Musielismy go zabaczyc:)
Po powrocie dla dodania sobie adrenaliny pojechalismy na parogodzinny rafting:)Och spodobalo nam sie to bardzo!!!!!!!Kto wie moze zapiszemy sie do jakiegos klubu kajakowego:)
W koncu dotarlismy do Cusco i nadal w nim jestesmy.Zrobilismy sobie tylko 4 dniowa przerwe podczas, ktorej zdobywalismy Machu Picchu.Postanowilsimy dotrzec tam od strony dzungli.W planie byl pierwszy dzien na rowerach, drugi i trzeci to trekking, czwarty zas w calosci na Machu Picchu.Tak jak postanowilismy, tak uczynilismy, tylko po drodze wyprawa nam sie troche pozmieniala.A powodem byl moj(Kingi)widowiskowy wypadek na rowerze.Droga, ktora zjezdzalismy w dol, byla okrutnie wyboista i pelna duzych kamieni(wiekszych niz na drodze smierci!!!)w zwiazku z tym, kiedy postanowilam wyprzedzic duza grupe rowerzystow, stracilam kontrole i z wielkim hukiem upadlam na nieprzychylny grunt.Obilam sie pozadnie, zdarlam kolano, biodro i lokiec.Przewodnik zatzymal dla mnie ciezarowke i wsadzil mnie do niej razem z rowerem.Kajtus byl tak kochany, ze postanowil mi potowarzyszyc.Dzieki tem przejechal sie na pace ciezarowki:)Wieczorem odwiedzilam peruwianski szpital.To dopiero byl widok.My w Polsce to naprawde mamy sie gdzie leczyc!Drugiego dnia nie byla w stanie chodzic, wiec skorzystalam z lokalnego autobusu.Reszta grupy ruszyla w 8 godzinna trase.Trzeciego dnia bylam na tyle uparta, ze wyruszylam na wlasnych nogach:)Bolalo, ale dotarlam.W Aguas Calientes(ostatnia miejscowosc przed Machu Picchu)spedzilismy wieczor i o 4 rano po ciemku z latarka na glowie, ruszylimy na Machu Picchu.Bylismy pierwsi przed bramkami, ale nie mialo to znaczenia, bo po ok 10 minutach przyjechal pierwszy autobus i wylalo sie z niego morze leniwych turystow!!!!Tak, tak na Machu Picchu mozna wyjechac autobusem, pociagiem, a kiedy jest sie dobrze sytuowanym politykiem, mozna nawet wyladowac  w srodku Machu Picchu !!!! helikopterem.Komercja nie ominela jednego z 7 cudow swiata!!!Na szczescie Machu Picchu nie zawodzi pod zadnym wzgledem i robi wspanaiale wrazenie!!!!!!!!!Warto bylo pocierpiec, aby to zobaczyc i poczuc!

Sporo czasu znow minelo od ostatniej notki, ale to wszystko dlatego, ze podroz zbyt nas wciaga i porywa. Po krotkim pobycie w Argentynie, wjechalismy do Boliwii, ktora ma zupelnie inna atmosfere. Kobiety wciaz chodza tu w tradycyjnych strojach, kolyszac wielkimi tylkami, ubranymi w spodnice do kolan. Na czubkach glow nosza male kapelusiki z okraglym rondem, spod ktorych wypuszczaja dlugie, czarne warkocze. Wszystko co maja ze soba, wlacznie z dziecmi, nosza w kolorowych chustach na plecach. Asfaltowe drogi napotkalismy tu dopiero jadac w strone stolicy, ktora tak naprawde jest Sucre, a nie La Paz. Nie zmienia to faktu, ze rzucalo nami na wszystkie strony.
Nasza wizyte w Boliwii zaczelismy od miejscowosci Tupiza, gdzie wynajelismy konie z przewodnikiem, by zobaczyc pobliskie wawozy i kaniony. Skaly mialy kolor purpury, a w okol nas rosl las olbrzymich kaktusow, wiec czulismy sie, jak wyjeci z Rio Bravo, czy innego westernu. Na drugi dzien, wsiedlismy juz do jeepa zeby udac sie w czterodniowa wyprawe po Altiplano, plaskowyzu na poludniowym zachodzie Boliwii. Zaloge stanowil kierowca Orlando i kucharka Cristina, jak 90% ludnosci tego kraju, bedacy Indianami Keczua. Oprocz nas, pasazerami byla przesympatyczne, mlode malzenstwo szwedzko-kolumbijskie, ktore miedzy innymi przekonalo nas, ze grzechem byloby pominac na naszej trasie Kolumbie. Co do samej trasy, to byla po prostu piekna. Przebywalismy caly czas na wysokosci ponad 4000 metrow i na cale szczescie nie mielismy problemu z choroba wysokosciowa. Niestety zlapalo nas przeziebienie od spania w nieogrzewanych „barakach” w spiworach i pod gruba warstwa kocow. Bylo zimno prawie caly czas, ale trudno sie temu dziwic. Droga wiodla pomiedzy wielobarwnymi, nieraz nierealnie czerwonymi gorami, posrod rozleglych plaszczyzn, na ktorych pasly sie lamy i alpaki z kolorowymi fredzelkami, przywieszonymi na uszach, osly oraz wikunie (takie skrzyzowanie lamy i sarny:)) . Pogonilismy tez raz strusia, a z ruin nawiedzonego miasteczka przy dawnej kopalni zlota, obserwowaly nas wiskacze (skrzyzowanie krolika z szynszylem:)). Na licznych, malowniczych lagunach zerowaly flamingi. Kapalismy sie w goracych zrodlach, obserwowalismy gejzery na 5000 metrow i kamienny las, gdzie zjedlismy jeden z naszych obiadow. Final wyprawy odbyl sie na najwiekszej slonej pustyni swiata – Salar de Uyuni. Miejsce oslepiajace biela, na ktorego srodku znajduje sie wyspa kaktusow. Ogladalismy tam zarowno zachod, jak i wschod slonca.
W miejscowosci Uyuni zostalismy tylko jedna noc, bo prysznic mial zimna wode, a samo miasteczko nie zachwycalo klimatem. Ruszylismy dalej, do Potosi. Najwyzej polozonego miasta swiata (4090), ktore niegdys bylo rowniez najbogatszym miastem Ameryki Poludniowej, ze wzgledu na kopalnie srebra. W tej chwili srebro nadal sie wydobywa, ale w bardzo niklych ilosciach. Gornicy pracuja po 10 godzin dziennie w makabrycznych warunkach i czesto, po 10 latach umieraja na pylice krzemowa. Czesc z nich zaczyna prace juz w wieku 12 lat. Wycieczki odwiedzajace kopalnie przynosza im napoje, liscie koki oraz dynamit, gdyz caly sprzet musza sobie zapewnic we wlasnym zakresie. Kopalnia lezy na wysokosci 4700 metrow i schodzi sie 100 metrow pod ziemie, chodzac na czworakach, przeciskajac sie przez waskie przejscia. W dodatku, bardzo ciezko sie tam oddycha. Tlen nie jest doprowadzony, a wszedzie unosi sie pyl. Jest to wiec niezla przygoda, ale momentami kazdy lapie zadyszke i wydaje mu sie, ze zaraz sie udusi:). Samo Potosi jest bardzo ruchliwym miastem, podobnie jak Sucre, nasz kolejny punkt na mapie. Konstytucyjna stolica, ale wlasciwie bez znaczenia, bo parlament, prezydent i cala reszta talatajstwa rzadza z La Paz. Miasto urokliwe, z kolonialna zabudowa i tlumami dzieci, ktore chca Ci sprzedac cukierka z otwartej torebki za 1 boliwiana lub wypastowac paski od sandalow.
W drodze do La Paz, kolejnym przystankiem byla Cochabamba. Absolutne pudlo! Miasto brzydkie, smierdzace, brudne, bez uroku, atmosfery, czy ladnej architektury. Ucieklismy po jednej nocy w hostelu, rownie obskornym, jak cale miasto. Autobus dowiozl nas do La Paz, ale z malymi problamami, bo w polowie drogi, Boliwijczycy zablokowali przejazd w protescie, ktorego nikt nie potrafil nam wytlumaczyc. Moze po prostu lubia od czasu do czasu zastrajkowac bez przyczyny… Musielismy przejsc barykade, podjechac taksowka do najblizszej miejscowosci i tam zlapac autobus do stolicy, jadacy z innego kierunku.
W tej chwili ruszamy na eksploracje stolicy, ktora jest bardzo zatloczona, glosna, ale i ciekawie polozona (podobno najnizszy punkt to 3100 metrow, a najwyzszy 4100). I dementujemy plotke, ze Ameryka Poludniowa jest goracym kontynentem. Boliwia jest zimna i kiedy slyszymy, ze w Polsce jest nawet 28 stopni, nogi rwa sie nam juz na polnocne wybrzeze Peru i do Ekwadoru. Na to jednak przyjdzie czas. Teraz wybieramy sie do dzungli i rowerowy zjazd droga smierci. O czym pewnie juz wkrotce:)

Dlugo nie bylo od nas wiesci, bo zachlysnelismy sie podrozowaniem i ogarnela nas wszechobecna „manana”.Jak juz wiecie dolecielismy szczesliwie do Santiago de Chile i spedzilismy tam 3 leniwe dni u szalenie goscinnej chilijskiej rodzinki.Jedyna osoba, ktora mowila po angielsku byla Monica,natomiast jej mlodsza siostra i rodzice dawali nam bezplatne lekcje hiszpanskiego!:)Codziennie jedlismy z rodzina sniadania, obiady i kolacje.Drugiego dnia przyznalismy sie ze Kajtek oswiadczyl mi sie w Nowej Zelandii i ojciec stwierdzil ze trzeba to uczcic:D Otworzyl Whisky,ktora trzymal na specjalna okazje,mama kupila  ciasteczka i tak razem z Chilijska rodzina uczcilismy zareczyny.Impreza trwala do 2 w nocy a w niedziele rodzice wraz z nieanglojezyczna corka zabrali nas na wycieczke.Bylo zabawnie:)My z naszym polsko-hiszpankim slownikiem i Paulina(sistra Moniki)z  angielsko-hiszpanskim.Kiedy opuszaczlismy Santiago i ¨nasza¨nowa rodzine, naprawde pomyslelismy, ze bedziemy tesknic!

W drodze do malego miasteczka San Pedro zahaczylimy o jeszce mniejsza miejscowosc, w ktorej produkuje sie naradowy alkohol PISCO.Nie omieszkalismy zwiedzic wytworni, skosztowac 2-och rodzajow alkoholu(oba 40%)i napic sie popularnego drinka ¨pisco sour¨(pisco+bialko+cukier puder+sok cytrynowy).Na koniec dostalismy w prezencie 2 szklane kieliszki.Postanowilismy sprawdzic,jak daleko z nami zajada.Pierwszy rozbil sie juz nastepnego dnia w San Pedro, w miejscowosci na srodku pustyni.Tam po raz pierwszy w Ameryce Poludniwej spotalismy Polakow i to az 6 osob.Zrobilsmy sobie wspolna impreze i wybralismy sie razem na dwie wycieczki.Kapalismy sie w slonych jeziorach, spacerowalismy po solnej pustyni i zachwycalismy sie ogromnymi, pooranymi przez wiatr gorami, ktore podczas zachodu slonca mienily sie wszystkimi kolorami.Bylo pieknie, ale nagle zatesknilismy za zielenia. I w ten sposob zmienilismy plany i wyskoczylismy na 5 dni do Argentyny.Tutaj skosztowalismy herbaty z lisci koki, pomieszkalismy na ponad 3000 m, kupilismy yerba mate(nasze upragnione)oraz potrzebne do jej przygotowania naczynie i specjalnie metalowe rureczki z sitkiem zwane ¨bombilla¨.Poznalismy sympatycznych Argentynczykow, z ktorymi zjedlismy obiad i dzieki ktorym moglismy pozuc liscie koki, ktore fantastycznie gasza pragnienie, lecza chorobe wysokosciowa i przyspiszaja trawienie.Trzeba dodac, ze jest to tutaj calkowicie legalne i nie jest to narkotykiem. Jutro ruszamy do Boliwii a tam juz  czeka na nas  dzungla, najslynniejsza kopalnia diamentow, ktora mamy zamiar zwiedzic i wiele innych pieknych miejsc.Ech… :)

Juz jedziemy na lotnisko wiec tylko krotko powiemy, ze zalaczylismy spora czesc zdjec na strone my.opera.com/kajkin/albums . Kolejne zdjecia, jak bedzie okazja. No i oczywiscie relacja, z tego co dzialo sie przez ostatni tydzien. Teraz czas ruszac do Chile!!!!!

Wielkie walenie!
Zgodnie z zapowiedzia, prosto z Christchurch pojechalismy do Kaikury, gdzie poplynelismy ze zorganizowana wycieczka ogladac wieloryb y i delfiny. Wieloryby Spermowe, to trzecie co do wielkosci wieloryby, osiagajace do 14 metrow dlugosci. Wyplywaja na powierzchnie na 10 minut, po czym znikaja na dlugo pod powierzchnia, machajac ogonem do turystow. Wielkie cielska, o kilka metrow od stetczku, ktorym fale rzucaly na wszystkie strony, robily naprawde duze wrazenie. Na szczescie udalo nam sie uniknac choprby morskiej, na ktora zapadlo kilku pasazerow, choc szczerze trzeba przyznac, ze byla to darmowa przejazdzka rollercosterem. Na koniec rejsu wplynelismy w lawice delfinow, ktore wyskakiwaly krecac piruety w powietrzu i rownymi rzedami tnac fale. Przeplywaly rowniez pod lodka, a bylo ich kilkaset, wiec przedstawialy piekny widok.

W gumiakach po Wellington
Tak niestety zakonczylismy podroz po Poludniowej Wyspie i znow promem, przez malownicze Marlorough Sound, gdzie wyladowal kapitan Cook, poplynelismy do Wellington. Skorzystalismy tu znow z programu couchsurfing, przesypiajac dwie kolejne noce u studenta medycyny rodem z Malezji – Regi’ego. Przesympatyczny chlopak, ktory oprowadzil nas po miescie, pokazal klimatyczne kawiarnie, restauracje i bary na wybrzezu, nieopodal portu. Powiedzial co warto zobaczyc i sprawil, ze Wellington zaswiecilo niesamowita atmosfera i cieplym, przyjaznym klimatem. Tu moglibysmy kiedys mieszkac, ale jeszcze niestety nie dzis. Poniewaz kolejne dwa dni praktycznie nie przestawalo lac, glownie spedzalismy czas w muzeum narodowym, ale rowniez troche polazilismy, dosc powaznie moknac. Glownym jednak punktem programu byl mecz rugby Hurricanes vs Sharks na Westpac Stadium! Dla wtajemniczonych, graly w nim takie slawy jak francuska 10 – Frederic Michalak oraz zawodnicy All Blacks – Jerry Collins, Rodney So’oialo oraz Peere Weepu! Widzielismy ich doslownie z 30 metrow, gdyz stadion jest dosc maly,a my postaralismy sie o dobre miejsca. Mecz zakonczony remisem 13:13, ale poryweajacy i bardzo dynamiczny. Rugby na najwyzszym poziomie.

Mordor
Z Wellington ponioslo nas do Tongariro National Park, miejsca gdzie krecono wiekszosc scen, pokazujacych Mordor we Wladcy Pierscieni. Jednodniowa wedrowka pomiedzy wciaz czynnymi wulkanami i dawnymi kraterami pozostawila niezapomniane wrazenie. Niestety na sporej czesci trasy rozsiadly sie niskie chmury, ktore przyslonily widoki Emerald Lakes i wulkanicznego krajobrazu, ale kratery we mgle to iscie ksiezycowy krajobraz, rownie warty zobaczenia. Bylo przerazliwie zimno, momentami zdmuchiwalo nas ze szlaku, a w sloncu szlismy na poczatku i koncu trasy, kiedy schodzilismy po wzgorzach porosnietymi gesto pozolkla trawa. Gdzieniegdzie wciaz dymily kratery i smierdzialo zgnilym jajkiem. To byl jednak dopiero poczatek tej inhalacji…

Kraina zgnilych jaj..
Okolice Rotorua, to region aktywny wulkanicznie i termalnie, ktory na kazdym kroku nieprzecietnie smierdzi. Odwiedzilismy tu Thermal Wonderland. Park, w ktorym chodzilismy pomiedzy zapdnietymi, wciaz dymiacymi kraterami, na ktorych dnie bulgotalo gorace bloto. Skaly, na ktore oddzialuja rozne pierwiastki z gazow przybieraly barwy od jaskrawych zieleni po ostry pomaranczowy. Wszystko dymilo, gulgotalo, huczalo, ale przede wszystkim wrecz odurzajaco smierdzialo! Widzielismy rowniez gejzer, ktory wybuchnal na zawolanie, po wsypaniu do niego platkow mydlanych. W Rotorua takze pojechalismy do maoryskiej wioski, gdzie rdzenni prezentowali swoje ceremonie, tance i piesni. Ogolnie dosc komercyjnie zorganizowane i tylko hangi (tradycyjny posilek przyrzadzony w ziemi, na parze) oslodzil nam troche pierwszy zawod w kraju Kiwi. Wynagrodzenie przeszlo jednak wszelkie oczekiwania. Poprzez zbieg okolicznosci, wybralismy tu ten sam hostel, w ktorym zgrupowanie odbywala reprezentacja All Blacks U20. Choc chlopcy mieli 18, 19 i 20 lat, absolutnie na takich nie wygladali. Byli ogromni! Przygotowywali sie do Mistrzostw Swiata w Walii w czerwcu i podczas naszego pobytu rozegrali mecz, ktory wylonil ostateczny sklad. Mecz oczywiscie ogladalismy i trzeba przyznac, ze bylo to rugby na najwyzszym poziomie. Genialne. Zwlaszcza, ze chlopcy chcieli pokazac sie z jak najlepszej strony, bo na trybunach zasiadl rowniez drugi trener pierwszej druzyny All Blacks oraz byly skrzydlowy.

W tej chwili wracamy juz do Auckland, skad prawdopodobnie wyskoczymy jeszcze zobaczyc cos na polwyspie, na polnoc od miasta,a takze pojdziemy na kolejny mecz super 14, z kolejnymi All Blacks w skladzie!!:)

Tytul po krotce opisuje to, co dzialo sie u nas przez ostatnie kilka dni. Po pierwsze wiec, pojechalismy na polwysep Otago, kolo Dunedin, gdzie ogladalismy Zoltookie pingwiny pozostajace pod scisla ochrona. Jest ich na swiecie tylko 4500 i wszystkie zyja na terytorium Nowej Zelandii, w tym glownie na dwoch malych wyspekach, na ktore nikt nie ma wstepu poza naukowcami. Pingwiny zmienialy akurat upierzenie i byly dosc leniwe, ale dalo sie do nich podejsc bardzo blisko. Kolonia na polwyspie Otago jest prywatna inicjatywa jednego z farmerow, ktory skonstruowal caly system ukrytych w wydmach okopow, z ktorych mozna obserwowac te rzadkie ptaki. Na szczycie polywspu Otago, przy stromych klifach, przelecial nam jeszcze nad glowa ogromny Albatros, ktorego rozpietosc skrzydel dochodzi nawet do 3 metrow! Tuz przed wyjazdem z miasta, zwiedzilismy fabrke czekolady Cutbery, ktora niestety poza cudownym zapachem troche odarta byla z magicznej aury, z ktora kojarzy sie samo sformulowanie „fabryka czekolady”. Na otarcie lez, ze nie widzielismy Umpa Lumpasow, dostalismy kilka dobrych batonikow, a na koniec obejzelismy fontanne czekolady. Tona goracego, brazowego plynu, przelala sie ze zbiornika nad naszymi glowami do innego kilkanascie metrow nizej. Pokaz zorganizowany byl w starym silosie. Do Christchurch przyjechalismy z postojem nad Lake Tekapo u podnoza Alp Poludniowych. W pustynnym krajobrazie polozone jest wsrod wzgorz pieken jezioro o mocno turkusowym kolorze wody. Obok kamienny kosciolek doskonale wpisujacy sie w krajobraz i podobno najczystrze powietrze w Nowej Zelandii. W nocy rozgwiezdzilo sie niebo. Nawet nie wiem czy nie bardziej niz w naszym sierpniu:). Teraz wyjezdzamy juz z Christchurch gdzie spalismy u pani prawnik kryminlanej. Miasto bez rewelacji, z oblesnymi toaletami publicznymi, ale za to piekna katedra i rownie pieknie spiewajacym w niej chorem:) Kinga zatesknila za spiewaniem:) Ze zdjeciami wciaz napotykamy na trudnosci, wiec znow musicie poczekac….


  • RSS